Tego właśnie dnia 50 uczniów „Górki” udało się do stolicy, by się edukować. I dobrze bawić, oczywiście:) Spędziliśmy więc czas:

  • literacko !
  • I jeszcze raz – literacko...
  • Teatralnie!!!
  • No i wreszcie – wiosennie:)

W wiosennym słońcu przespacerowaliśmy się śladami „Lalki” Bolesława Prusa (a to przecież licealna „lektura z gwiazdką”)

Wyruszyliśmy spod Kolumny Zygmunta III Wazy na Podwale, gdzie mieścił się sklep starego Mincla. Sklep, w którym Rzecki uczył się trudnego fachu subiekta. Na trasie naszej wędrówki pojawiły się kościoły: oo kapucynów, oo karmelitów, św. Krzyża (każdy wpisany w fabułę powieści, przeczytaj i sam sprawdź...) Ale też pałace, np. Jabłonowskich i Zamoyskich. Ale też Teatr Wielki, w którym Wokulski po raz pierwszy ujrzał Izabelę. I Hotel Europejski pamiętający czasy Prusa i jego bohaterów.

Zahaczyliśmy również o campus uniwersytecki, bo w Szkole Głównej (tak wówczas nazywała się uczelnia) studiował na wydz. matematyczno-fizycznym sam Prus. I na tym samym wydziale słuchał wykładów Wokulski - również fascynat nauk ścisłych. Dziś w tym budynku mieści się polonistyka warszawska – patrz: tablica przy wejściu do Instytutu. Warto dodać, że po sąsiedzku znajduje się Pałac Kazimierzowski, niegdysiejsza siedziba Szkoły Rycerskiej, a przecież jej absolwentem był Patron naszego liceum. To tylko niektóre ważne miejsca na trasie, której ostatnim etapem był pomnik Mikołaja Kopernika. Na ten właśnie pomnik mógł nawet i codziennie spoglądać z okien swojego mieszkania Stanisław Wokulski.

Po obiadku, by spalić kalorie, pomaszerowaliśmy Krakowskim Przedmieściem przez Plac Zamkowy i ul. Świętojańską na Rynek Starego Miasta do Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza. Tam czekała na nas lekcja muzealna. Prowadzący wprowadził nas w mity Mickiewiczowskie. Szczerze powiedziawszy, trochę się zestresowaliśmy, bo, jak w szkole, zadawano nam pytania o romantycznego wieszcza i jego utwory. I czasy, w których żył. Nie było łatwo, ale staraliśmy się nie wyjść na głupków:) Potem obejrzeliśmy cenne mickiewicziana. Niektóre, naprawdę bardzo niezwykłe, np. kartki z ”Pana Tadeusza” zapisane własną ręką autora, pierwsze wydanie „Ballad i romansów” czy miniatura z podobizną ukochanej Maryli.

Najsmakowitszą wisienką na wycieczkowym torcie był jednak „Kordian”. Spektakl uświetnił 250-lecie Teatru Narodowego. Zaraz po premierze uznano tę inscenizację za wydarzenie teatralne, niezwykłe odczytanie dramatu Słowackiego. Przeczytajcie fragment recenzji:

„Jan Englert chciał zrobić z "Kordiana" metafizyczny kabaret, ironiczną opowieść o polskich rojeniach (…) W Narodowym oglądamy "Kordiana" jak w kalejdoskopie, spektakl trwa zaledwie dwie godziny. Pierwsze dwa akty to istna rewia, seria rwanych obrazów z podróży. W scenie włoskiego romansu Kordianów dwóch, Wiolett pięć; podczas pobytu w Anglii Kordian pada ofiarą niewybrednych kpin w slapstickowej sekwencji z zabieraniem krzesła”.

I jeszcze fragment:

„Bo spektakl Englerta to gigantyczna inscenizacja w kilkudziesięcioosobowych scenach zbiorowych, podnośniki hydrauliczne, obrotowe platformy”.

W naszym odbiorze – powstało widowisko magiczne, zmuszające do myślenia, do próby odpowiedzi na pytanie: „Ginąć, umierać w imię szlachetnej idei czy żyć i psom szyć buty?”

To jest właśnie nasze polskie hamletyzowanie...

Bo było pięknie. Słoneczko świeciło. Niektórzy śmigali po stolicy w krótkich spodenkach, jak w środku lata.

Wróciliśmy do domków mądrzejsi, radośniejsi i naładowani pozytywną energią.

A kto nie był (a mógł się z nami zabrać), niech teraz zazdrości...

Brązowa Tarcza

Kalendarz

100 lat "Górki"

Projekty unijne

 

rpo

 

 

 

Ustawienia szablonu
Wybierz kolor
Red Green Blue Gray
Kolor tła
Kolor tekstu
Czcionka Google
Rozmiar czcionki
Krój czcionki
Scroll to top